Legenda o zbóju
Madeju
Dawno, dawno temu, gdy tereny Śląska pokrywały ogromne bory, żył okrutny zbój Madej, który zabijał każdego, kto odważył się wejść do lasu. Pewnego razu przez te tereny jechał młody ksiądz. Już zbój miał się na niego rzucić, gdy nagle ogarnęła go skrucha i zapragnął się wyspowiadać. Ksiądz długo słuchał okrutnych opowieści, a na koniec rzekł, że rozgrzeszenia dać nie może za tak ciężkie grzechy. Wetknął jabłoniową pałkę Madeja w ziemię i nakazał mu w ustach na kolanach nosić wodę z pobliskiego potoku i podlewać ją. Obiecał, że gdy gałąź kwieciem się pokryje i urodzi owoce, to zbój zostanie ocalony.
Minęło wiele lat, w pewien upalny dzień jechał przez ten las biskup, gdy poczuł zapach jabłek, wysłał po owoce swojego woźnicę. Pod jabłonią siedział rozmodlony starzec z długą brodą powiedział, że owoce może zerwać tylko ten, kto ją zasadził. Gdy biskup stanął pod złotą jabłonią, przypomniał sobie ten dzień sprzed laty i rozpoznał w klęczącym staruszku dawnego złoczyńcę. Położył ręce na Madeju i odpuścił mu grzechy. Wtedy zbój zamienił się w gołębicę i wzbił się do nieba.
Brzmienie w języku śląskim...
Legenda ło zbóju Madeju
Dugie lata przed nami, w ganstych lasach, kere se rozciongały po całym Ślonsku, miyszkoł zbój nad zbóje, mocni Madej, keri zabijoł każdygo, fto chcioł do nich wlyjźć.
Rołz bez tyn las jechoł młodi farołrz. Już zbój mioł go chycić, ale nie wiedzieć czamu serce mu zmiynkło i chcioł se wyspowiadać. Farołrz dugo suchoł ło madejowych niedobrych sprawkach, aż na koniec mu pedzioł tak: za tak ciynżkie grzychy nie możesz dostać rozgrzeszenioł terazki. Jako pokuta wrajzioł jabłoniowy kosturek Madeja do ziymi, keri mioł podlywać wodom prziniesionom z rzyki, ale w gambie i to na kolynczkach tak dugo, aże gałońź zakwitnie i urosnom jabłka.
Minyły lata, jak w gorki, letni dziyń bez las przejyżdżoł biskup. Zawoniały mu jabłka i posłoł sługa po tyn łowoc. Pod jabłoniom siedzioł rzykajoncy starzik z dugom, biołom brodom, keri pedzioł, iże jabka ze stroma moge łoberwać ino tyn, fto zasadzioł strom. Biskupowi przipomnioł se dziyń sprzed wielu lołt, poznoł dołwnygo zbója, położoł swoje rynce na Madeju i łodpuścioł mu grzychy. Wtedy to starzik zamiynioł se w gołambia, keri plecioł prosto do nieba.
