Zabawa jest czasem beztroski, jakiej przed wojną dzieci w mojej wsi nie zaznały zbyt wiele. Nawet najmłodsi musieli pomagać rodzicom w gospodarstwie.
Wcześnie rano musiałam paść gęsi – wyganiałam je na ściernisko, gdzie cudzy drób czynił wielkie larmo. Nie przeszkadzało to boćkom, za którymi głośno wołałam:
Klapperstrochu du Bestem, Boćku, ty najlepszy,
Bring mir eine Schwester, przynieś mi siostrzyczkę,
Klapperstrochu du Luder, Boćku, ty draniu,
Bring mir einen Bruder. Przynieś mi braciszka.
Moje prośby zostały wysłuchane, bo wychowałam się z czterema braćmi. Z nimi z Zabierzowa do Walec codziennie maszerowałam do szkoły. Na szoseji hałasowały nasze drewniane trepy, zwłaszcza chłopięce, bo wbijali w nie gwoździe.
Popołudnie to czas graczki: zabawy w szupargi i krajzy. Rzucaliśmy groszkiem o ścianę. Do dziurek w ziemi celowaliśmy szklanymi albo porcelanowymi kulkami (dostawaliśmy je od szmaciołarza za stare szmaty), chętnie kręciliśmy też brumerem.
Dziewczyny siedziały w krzipopie i robiły lalki z roślin, które rosły na torfowisku. Z ich korzeni wyplatało się warkocze. Twarze zabawek były z kawałka blachy albo drewna. Na nich malowano oczy, usta i nos, potem przyczepiano tym kukłom szmatki jako ubranka. Taka zabawka była moim skarbem, który przechowywałam w kastelce po butach ojca. W ukryciu bawiłam się w mamę i tatę.
Rzadko kiedy dziewczynka miała prawdziwą lalkę. Zdarzało się też, że robiono je z kolb kukurydzy.
H. MŁYNARSKA, Legendy, podania i opowieści historyczne z Głogówka i okolic”
