Dawniej na Śląsku między ludźmi żyło wiele rozmaitych duchów i stworów. Te najbardziej znane to: diabły, utopki i heksy. Były też mniej szkodliwe stworki – straszki domowe. Żyły one z ludźmi w ich chałupach, ale prawie wcale nie było ich widać. Kryły się po szopach, komórkach czy piwnicach. Nie robiły też ludziom większych szkód. Czasem potrafiły narozrabiać, ale tez i pomóc. Najbardziej znane śląskie straszki domowe to: beboki, podciepy i piecuchy no skrzaty śląskie- fenismanschen.

Beboki

Nie mieszkały w samej chałupie, ale obok. Siedziały w szopach, szopeczkach, w chlewikach, gołębnikach lub w stodole. Chowały się też za deskami, cegłówkami albo w krzakach. Czasami na beboka można było trafić w piwnicy lub na strychu.

Bebok był mały i miał pół metra wysokości. Zamiast stóp miał końskie kopyta. Ubrany zaś był normalnie: spodnie, koszula i płaszcz. Na głowie miał przeważnie czapkę z bąblem, a w rekach trzymał wór i kij.

Stworek w swej kryjówce bardzo lubił spokój, niekiedy dzieci bardzo i przeszkadzały.

Wyobraźcie sobie, że jakiś mały chłopiec chodził po stodole, zaglądał byle gdzie – to mogło beboka wystraszyć. Inne dziecko mogło znów zaglądać do narzędzi ojca, otwierać szafki w gwoździami czy piłami – a tam przecież na dnie szafy mógł spać bebok. Zdenerwowany stwór brał kij i karcił małego bajtla. Bebok wystraszone dziecko puszczał wolno, a ten leciał do domu i już nigdy nie psocił. Beboki potrafiły tez pomagać w wychowywaniu dzieci. No bo jak ojciec rąbał drzewo do pieca,

często zapominał chować siekierę. Bebok pilnował aby żadne dziecko nie ucięło sobie palca lub całej ręki. Straszył je aby nie bawiły się ostrym narzędziem.

Dziś też przydały by się takie straszki, aby dzieciom nie pozwalać pić alkoholu, palić papierosów albo brać narkotyków. Jeśli taki chłopiec za dużo siedziałby przy komputerze – taki bebok mógłby mu parę razy przejechać po głowie swym kijem. Ale by było fajnie!!!

Podciepy

Podciepy nazywa się też czasem podciepkami, odmieńcami albo diablikami. Straszki te żyły
 chałupach. Mieszkały pod szafą, w izbie pod łóżkiem lub pod schodami i w kuchni pod kredensem. Niektórzy mówili, że widzieli podciepa, który wlatywał do mysiej norki, ale to musiał być wyjątkowo mały podciep. Przecież stworki są wielkości małego dziecka, co siedzi, leży i nic nie gada.

Po czym go poznać? Jest łysy i wygląda jak nowonarodzone dziecko.

 Jeśli w jakiejś chałupie baba urodziła dziecko, to podciep tylko czekał aż ona wyjdzie z izby. Wtedy ten wyciągał go z łóżka, chował pod nie lub w szafie, a sam udawał niemowlę, bo chciał dostać jeść. Taki podciep był bardzo łakomy. Potrafił z matki wyssać wszystkie mleko lub całe wiadro krowiego mleka. Dużo jadł lecz nic nie rósł i dużo robił w pieluchy. Niektórzy też mówili, że jak matka karmiła stworka w łóżku to ten potrafił ugryźć ją za piersi.

Czy takie podciepy mogły się czasem przydać? Oczywiście, przez takie stwory matki nie opuszczały swoich dzieci nawet na chwilę. Tym samym wzrastał poziom opieki nad niemowlętami.

Piecuchy

Nazywano je też Pieronkami. Podobno bardzo dawno temu, jak Śląsk był jeszcze pogański, to bożek ognia i błyskawic – „PIORUN”, posłał ludziom do ich chałup swoje dzieci „Piorunki”. Miały one dbać, by w każdym domu palił się święty ogień. No, ale potem chrześcijańscy Ślązacy nie potrzebowali już świętego ognia. Co się stało z Piorunkami? A no zamieszkały w kuchennych piecach i od tego czasu nazywano ich piecuchami.

Piecuch to taki bardzo mały człowieczek. Chodził w drewnianych pantoflach, a zamiast włosów miał ogniste płomienie. Najczęściej ten stworek lubił siedzieć w piecu i się grzać. Potrafił siedzieć w najbardziej rozgrzanym piecu lub piekarniku, bo ogień mu nie szkodził. Czasem słychać było piecucha jak skacze w piecu. Niektórzy gadają , że gdy w piecu huczy lub strzela to piecuch szaleje!

A na co taki stwór może się przydać? Przez niego w domu było ciepło, ogień w domu dobrze się palił

 i nigdy nie gasł. Niektórzy też mówili, że widzieli piecucha jak raz rąbał drzewo. Podobno miał taką siekierę i często lata gdzieś na dwór po gałęzie. Widzicie teraz, że piecuch był pożyteczny , ale nie cierpiał jak ludzie palą w piecu plastikiem lub innym tworzywem. Wtedy się mścił. Psuł kominy, a potem wołał diabła przebranego za złego kominiarza.

Fenismanschen - śląskie skrzaty

Dawno, dawno temu w Dolinie Nysy mieszkały dziwne stworzenia fenismanschen- śląskie skrzaty. Miały duże głowy i długie, białe brody. Było ich więcej niż drzew w lesie, jednak były bardzo małe i ledwo sięgały człowiekowi do kolan.

Były one przede wszystkim mistrzami w gotowaniu i pieczeniu. Gdy ktoś zgubił się w lesie, te uwięziły go u siebie i uczyły jak gotować a potem zmuszały ich aby zostali ich kucharzami.

Skrzaty uczyły swych więźniów rozróżniać grzyby trujące od jadalnych i przyrządzać z nich pyszne dania. Pokazywały im jak z leśnych jagód robić konfitury a także uzdrawiające lekarstwa z liści i kwiatów. Były złośliwe i słynęły z figli robionych napotkanym ludziom.

O śląskim kołoczu i o skrzatach

Straszki zamieszkiwały Górę Skrzatów-  którą , mogły opuszczać tylko w trakcie „dwunastu nocy” w roku, od Bożego Narodzenia do Święta Trzech Króli.

 

Pewnego razu młoda dziewczyna, która plewiła pole, usłyszała dźwięki przypominały odgłos stukania blach kuchennych.

Dziewczyna wymyśliła plan. W jedną z tych „dwunastu nocy” pójdzie do skrzatów i podpatrzy co robią. Tak też zrobiła. Skrzaty były dla niej bardzo miłe, pokazały jej jak zrobić pyszny kołocz. A gdy już osiągnęła cel wróciła do domu.

A gdy przyszedł czas karnawału, dziewczyna upiekła pyszny kołocz, i sława o tym cieście rozeszła się po całej wsi. Kto próbował kołocza chwalił go pod niebiosa. Nawet gospodarze, u których dziewczyna pracowała jako służąca, gdy go spróbowali, przyjęli ją jako córkę do swojej rodziny.

Odtąd przepis na pyszny kołocz stał się bardzo znany i z czasem został wspólnym dobrem całego Śląska. 

Strona informacyjna

Jezyk: